To jest zbyt piękne – dosyć nieadekwatnie do sytuacji pomyślałem sobie, kiedy wchodziliśmy na izbę przyjęć leszczyńskiego szpitala. Spodziewałem się pandemii. Tabuna kaszlących i kichających chorych, zalegających już od samego wejścia. Tymczasem w poczekalni nie było nikogo. Pusto. Brakowało tylko takiego wielkiego wiechcia badyli toczącego się środkiem, jak w starym westernie. Wyglądało, że uda nam się przyjąć do szpitala z marszu. Moje nadzieje, dosyć brutalnie, rozwiała lekarka, do której poszliśmy ze skierowaniem.

– Z takimi wynikami do nas? – nawet nie kryła specjalnie powagi sytuacji – To pediatra nie powiedział, żeby od razu do Poznania jechać na hematologię?

– Eeeee – raczej nie takiej odpowiedzi się spodziewaliśmy. Żeby nas zestresować, w zupełności wystarczyło, że dostaliśmy skierowanie do szpitala, dodatkowe bodźce były absolutnie zbędne – Jest aż tak źle?

– Państwa córka ma fatalne wyniki i musi być leczona przez hematologa, którego w naszym szpitalu nie ma. – że to nas miało niby uspokoić – Możemy oczywiście przyjąć córkę na oddział, ale i tak przewieziemy ją do Poznania, tylko nie wiadomo kiedy.

Także ten.

Miłe złego początki.

Zaczęło się w sobotę. I jak zwykle zaczęło się niewinnie. Młoda obudziła się z popękaną wargą. Taką trochę, jakby dostała pięścią w usta. Zaniepokoiło nas to, bo, o ile dobrze pamiętam, nie uderzaliśmy jej przez ostatnie 5 lat, no ale nos miała zapchany i przez całą noc oddychała ustami, więc strup zajmujący połowę wargi dało się od biedy wytłumaczyć. Krem, chusteczki i zaczęliśmy kurację. Po południu rozwieźliśmy dzieci do rodziców, bo wieczorem szliśmy do kina.

W niedzielę o wpół do ósmej obudził mnie telefon od mamy: „Przyjeżdżaj, szybko, bo Młoda ma zamiast wargi jeden wielki strup”. Romantyczne, walentynkowe śniadanie szlag trafił, no ale są priorytety. Ubrałem się szybko i jadę po dziecko.

Pojechaliśmy do pediatry, ale nic nie stwierdziła (trudno było jej w sumie cokolwiek stwierdzić, bo Młoda wiła się jak węgorz i za nic nie chciała pokazać wargi). Przepisała tylko coś do smarowania i zaordynowała dzień wolnego, głównie dlatego, żeby nas w przedszkolu nie posądzili o znęcanie się nad dzieckiem. Hurra, rozejdzie się po kościach.

Wygląda niewinnie, ale w tym wypadku mogło się naprawdę źle skończyć.

Wygląda niewinnie, ale w tym wypadku mogło się naprawdę źle skończyć.

Niedziela upłynęła dosyć leniwie i raczej nie przypominała walentynek. Pojeździliśmy po rodzicach, poszedłem z Młodą na rower. Wieczorem przy kąpieli zauważyłem u niej siniaki na nogach. Cóż to siniaki u dziecka, zapytacie. Otóż, jej nogi wyglądały, jakby ktoś długo i z zapałem bił ją czymś twardym. Gazrurką na ten przykład. Przy najszczerszych chęciach nie dało się tego wytłumaczyć popołudniową jazdą na rowerze.

Zresztą Iza podzieliła moje obawy.

Rano od razu pojechaliśmy na badanie krwi, po południu odebraliśmy wyniki. Pediatrze wystarczyło, że usłyszała je przez telefon, żeby wystawić nam skierowanie do szpitala.

Małopłytkowość.

Nawet nie próbujcie szukać tego w Google. Najczęstsze wyniki to białaczka i chłoniak, ewentualnie problemy z wątrobą. Fanta-kurwa-stycznie.

Stąd możecie sobie z grubsza zarysować, co poczuliśmy, kiedy odsyłano nas na leczenie do Poznania.

W izbie przyjęć Specjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu już tak kolorowo nie było – pełna poczekalnia, po której latały zarazki wielkości much. Na szczęście, o ile mogę użyć takiego zwrotu, nasz stan był na tyle poważny, że nie czekaliśmy długo i udało sie nic nie złapać. Na izbie siedzieliśmy kilkanaście minut i po chwili dostaliśmy zakwaterowanie.

W szpitalu szybko okazało się, że ani białaczka, ani chłoniak najprawdopodobniej to nie jest, a małopłytkowość może być też spowodowana na przykład zarażeniem wirusem. Będącym najprawdopodobniej wynikiem obniżenia odporności po przebytej niedawno ospie. Ale o tym już internet tak chętnie nie informuje, bo jakby mało dramatycznie.

Morał?

Po pierwsze, nie leczcie ani siebie, ani swoich dzieci w przychodni internetowej (znaczy u doktora Google). Pomijając fakt, że z każdego objawu łatwo tam o zdiagnozowanie raka, to od leczenia są lekarze, a internet może być w takim przypadku jedynie źródłem informacji. To może banalne i oczywiste, ale kiedy już znaliśmy wyniki Młodej i szukałem czegoś o małopłytkowości w czeluściach sieci, trafiłem na sporo postów rodziców radzących się kompletnie przypadkowych ludzi w sprawie zdrowia swoich dzieci. Tak nie robimy.

Po drugie, nawet jak pójdziecie do lekarza, musicie myśleć! Każdy może się pomylić, albo coś przeoczyć, a to wy znacie swoje dziecko najlepiej i z nim przebywacie. Naprawdę nie chcę myśleć, co mogłoby się stać gdybyśmy zignorowali te siniaki na nogach naszego dziecka. Pani doktor w szpitalu powiedziała nam wprost, że nasza córka była w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia – nawet pozornie niegroźny uraz mógł doprowadzić do niemożliwego do zatrzymania krwotoku.

A jedynym objawem były popękane usta i posiniaczone nogi.

Tylko tyle. I aż tyle.

Ok, tyle ode mnie.

Jeżeli jeszcze tego nie zrobiłaś, koniecznie zapisz się do newslettera na medal - o tutaj

Krótsze formy i jakieś zdjęcia wrzucam też na facebooka - kliknij tu

Możesz też zostawić komentarz, albo udostępnić ten wpis swoim znajomym

Udostępnij:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestEmail this to someone